The West Pier

Tak, brytyjczycy i ich mola. Tu mamy znakomity przykład, wybudowane w roku 1866 służyło zarówno urlopowiczom jak i mieszkańcom przez ponad sto lat. To jest jedyne molo w kraju, które zyskało tytuł zabytku pierwszej klasy (najbardziej chronione zabytki w Wielkiej Brytanii). Dostarczało ono wiele atrakcji, między innymi teatr z prawdziwego zdarzenia. Molo zaczęło podupadać po drugiej wojnie światowej. Stopniowo zanikające zainteresowanie i konkurencja drugiego mola (Palace Pier) doprowadziły do jego zamknięcia w 1975 roku. Od tego czasu powoli popadało w ruinę. Niezliczone sztormy i dwa konkretne pożary tylko przyspieszyły proces. Dzisiaj pozostaje tylko część centralna, na której znajdował się teatr. Odnoszę jednak wrażenie, ze długo już nie postoi…


Yes, the Brits and their thing for piers. This one was build in 1866 and served both the holiday makers and the locals for a bit over a century. It is the first and only pier to have become a Grade I listed building. There was a great number of attractions, including a grand theater in the centre. After the Second World War its popularity was diminishing, partly due to the success of neighbouring Palace Pier. It eventually closed in 1975. Since then the whole structure was slowly falling to ruin. The numerous storms and two big fires in the 00’s surely accelerated the process. The last remaining bit is the the main structure, however it does not seem it will last much longer…

Zdrowaśki,

Advertisements

The Lost City

Pewnego dnia w Jordanii postanowiliśmy zejść z utartego szlaku i podążyć pewną dobrze zapowiadającą się ścieżką. Wkrótce wybór okazał się nadwyraz trafny. Otóż poprowadziła nas w niesamowity, ciasny kanion. Robiło się coraz ciekawiej, a zarazem ciemniej. Ani żywej duszy, kanion się zwężał. Czasami się zastanawialiśmy, czy uda nam się w ogóle przecisnąć. Jednak postanowiliśmy brnąć dalej z nadzieją na jakąś nagrodę. Znowóż dobry wybór. W końcu zza pewnego zakrętu ukazała się nam wielka, w skale rzeźbiona świątynia, niczym z Indiana Jonesa! Szczeny musieliśmy chwilę zbierać tylko po to, żeby znowu je o glebę cisnąć. Okazało się, że ta świątynia to tylko początek całego miasta wykutego w skałach! Cóż za odkrycie!

No dobra, może trochę przesadziłem. To jest Petra, jest na Unesco, ma dużo turystów i drogi wjazd. Ale i tak zajebiście!


One day in Jordan we decided to step off the beaten track and venture along that promising path. It soon proved to be a very good choice. The path led us down an incredible, narrow canyon. It was getting deeper and gloomier – all the more interesting. Not a soul around, the canyon kept getting narrower to the point that we sometimes wondered if we could squeeze through. We decided to carry on in hope to find something amazing. And did we indeed! Just after one corner a huge temple carved in rock appeared just in front of our eyes. It looked like the one from the Indiana Jones movie. It took us a while to recover, only to be put in state of shock again when we found that this was just an entry gate to a whole, rock-carved, ancient city. What a discovery!

Fine, ok. I might have exaggerated a bit. This is Petra, it is Unesco-listed, there is a lot of tourists and hefty entrance fee. Still, it’s bloody amazing!

Zdrowaśki,

Długas

The Desert Train

Jak sięgam pamięcią zawsze miałem pociąg do pociągów. Opuszczone miejsca też już od dłuższego czasu mnie fascynują. A opuszczony pociąg, w dodatku na pustyni? Miodzio! Na takie oto cudo natrafiliśmy przypadkowo w Jordanii. Szkoda, że akurat zajechał autobus z japońskimi turystami, ale nic to. Klimacik i tak był. Tymbardziej, że nas powitała rodzinka przesłodkich zwierzątek.


As far as my memory reaches I always had a thing for trains. Abandoned places also fell into my radar quite a while ago. And an abandoned train? In the middle of the desert? What a treat! Which is what we accidentally found during our trip in Jordan. A bit of a pity that at around the same time a Japanese tourist bus arrived. It did not ruin the whole experience though. It was 🙂 Especially since we were greeted by a family of sweet animals.

Molino de la Albolafia

Kolejne przypadkowe znalezisko. Stary młyn wyczajony z mostu w Cordobie. Dopiero później się dowiedzieliśmy, że zbudowano go w średniowieczu i że w ogóle się nazywa jakoś… No i że prowadzi do niego ścieżka, co by mógł się człowiek z bliska odrobinę przyjrzeć 🙂


Another accidental discovery. We saw it when passing a roman bridge in Cordoba. Well, we could see straight away it was an old watermill, but only later we found out that it has a name and was built in medieval times. Also, that there is a path leading to for us to have a closer look 😉

Zdrowaśki,

Abandoned observatory

Hmm, w sumie to nie do końca. Miało być “abandont”. Tymczasem okazało się na miejscu, że zostało “odabandontnięte”.

Poniższe obserwatorium zostało zdubowane około roku 1900 w górach Sierra Nevada, opuszczone w latach 70-tych i ponownie zagospodarowane na użytek Uniwersytetu w Granadzie jakoś względnie niedawno (widziałem post z 2012 roku, na którym było w stanie przepięknie opuszczonym). No cóż, spóźnilismy się na stary Caminito Del Rey, nie zdążyliśmy też na obserwatorium. Przynajmniej byliśmy konsekwentni 🙂

Tak czy owak, jak ktoś będzie w okolicy (zazwyczaj tą okolicą jest Granada) to serdecznie polecam, bo widoczki cudowne, jak to w górach, a to obserwatorium dodaje sporo uroku.


Actually it is not exactly like that. It was supposed to be abandoned, meanwhile it got unabandoned at some point.

This observatory was built around 1902 in Sierra Nevada range, deserted in 70’s and then adapted again for the needs of University of Granada somehow recently (I saw a post from 2012 when it was in a beautifully abandoned state). Well, we were both late for Caminito Del Rey and also missed the observatory. At least we were consequent 🙂

Nevertheless, whoever shall be in that area (that usually being Granada) I highly recommend to go and have a walk around. These are still beautiful mountains and the observatory certainly adds charm.

Zdrowaśki,

 

Most w wersji mono

Jako, że nie  mogłem się zdecydować, teraz w czarno-białym…


I couldn’t make my mind up. So now – black&white.

Zdrowaśki,

Most kolejowy / Railway bridge

Coś dla Ziomków ze Skarszew 🙂

Dawno mnie tam nie było i muszę przyznać, że trochę się zestarzał nasz stary, poczciwy, kolejowy most. Ale co niektóre podpisy się zachowały! W każdym razie z pewnością pod żadnym pociągiem się żaden z tych mostów już nie zawali 🙂

Najpierw w kolorze.


This is a bridge (actually two bridges) in my hometown, a mile from my home. We used to go and play there, both as kids and as teenagers. It was quite cool sitting on the structure underneath while the train crossed. Well, last time anyone could do that was, hmm, let me check (…) somewhere at the end of 2001 as from the 1st of January 2002 the line was officially closed for cargo trains. Last passenger train left Skarszewy on the 31st of March 2000. As you can see the tracks were taken away and no one cares about the bridges anymore. At least old tags are still there…

First in colour.

Zdrowaśki